Wróciłem pod stary adres

Dodano 14/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Od wczoraj wróciłem z blogiem na Onecie pod mój stary adres

 


http://arturstopka.blog.onet.pl/

 

Kościół 3.0?

Dodano 13/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Trzeba szczerze powiedzieć, że mimo wielkiego zapasu dobrych chęci, ujętych m. in. w opakowanie „nowej ewangelizacji”, Kościół w Internecie wielkich sukcesów dotychczas nie odniósł. Co prawda możliwościami, które niesie globalna sieć, zainteresował się szybko, ale gdy przyszło do intensywniejszego korzystania z nich, okazało się, że nie jest to takie proste. Coraz wyraźniej wyłania się pytanie, czy Internet niesie te narzędzia, których Kościół katolicki na progu XXI stulecia najbardziej potrzebuje do realizowania swej misji.

Wiele wskazuje na to, że niekoniecznie. Albo przynajmniej, że te szczególnie Kościołowi niezbędne możliwości globalnej sieci jeszcze nie zostały odkryte, a przynajmniej upublicznione i nagłośnione.

Agnieszka Holland powiedziała niedawno: „Internet jest wspaniałym miejscem, które pozwala ludziom i grupom organizować się wokół określonych poglądów, interesów i gustów, ale przyczynia się też do atomizacji. Sieć nie jest wspólną platformą. (…) Przykładowo: zwolennicy religii smoleńskiej spotykają się na portalach, gdzie wszyscy myślą podobnie i utwierdzają się tylko w swych poglądach. Jej przeciwnicy też się komunikują między sobą. Miłośnicy teatru i opery dzielą się w gronie fanów swymi przemyśleniami, ale nie wchodzi na ich portale laik lub ktoś jeszcze niezorientowany”.

Wygłaszała te słowa jako uzasadnienie dla potrzeby istnienia mediów publicznych, ale moim zdaniem przy okazji wskazała te słabości Internetu, które sprawiają, że nie jest on wymarzonym narzędziem dla Kościoła. Byłby nim być może, gdyby Kościół był ze swej istoty sektą, nastawioną na utrzymywanie w ryzach i pod kontrolą swych członków. Kościół jest jednak z natury misyjny, a to oznacza, że potrzebuje wspomnianej przez znaną reżyserkę „wspólnej platformy”.

Andrzej Dulka, prezes znaczącej firmy dostarczającej rozwiązania komunikacyjne, przepowiedział nadejście Internetu trzeciej generacji WEB 3.0. Ma to być „internet kontekstowy, w którym informacje przesyłane zależą nie tylko od grupy użytkowników, ale także od czasu, miejsca, w którym ta informacja jest przekazywana, ale np. od samopoczucia użytkownika”. Chodzi o to, że klienci coraz częściej poszukują już dziś urządzeń, które mają możliwość badania np. funkcji organizmu z przyczyn medycznych. „Specjalne urządzenie mierzy moją aktywność w ciągu dnia, podpowiada mi w pracy, że powinienem wstać, bo za długo siedziałem przy komputerze. Kiedy idę na lunch podpowiada mi, jaka powinna być moja dieta. W nocy bada głębokość mojego snu, wie, że chce się obudzić o godzinie 06:15, więc budzi mnie tuż przed, w najpłytszej fazie” – wskazuje konkretne przykłady prezes.

Z tej zapowiedzi wynika jasno, że współczesny człowiek, który na pozór strasznie pragnie mieć znaczenie i coraz częściej powtarza, że nikt mu nie będzie mówił, jak ma żyć, w rzeczywistości jest spragniony czegoś, co przypomina wręcz „prowadzenie za rączkę”, nieustanną kontrolę i podpowiadanie, jak w konkretnej sytuacji powinien postąpić.

„Toż to wymarzona rola dla Kościoła!” – zakrzykną ci, którzy nie mają pojęcia o jego istocie i wkoło powtarzają, że wtrąca się on ludziom do wszystkich sfer życia. Otóż Kościół głosi zasady, które człowiek musi sam zaaplikować do konkretnych warunków, sytuacji, wydarzeń i decyzji. Zostawia to jego sumieniu. Kościół 3.0 istnieć nie może. Co gorsza, jeśli powyższe zapowiedzi zostaną zrealizowane, użyteczność Internetu dla Kościoła będzie błyskawicznie spadać. Bo Kościół – choć wielu jego członków myśli dokładnie odwrotnie i próbuje to swoje myślenie wcielać w czyn – zupełnie nie nadaje się na Wielkiego Brata. stukam.pl

 

Towar, czyli siła słów

Dodano 12/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Słowami można uzasadnić wszystko. Także to, że życie człowieka niczym nie różni się od towaru na sklepowych półkach.

A skoro tak, to powinno mieć odpowiednią jakość i spełniać odpowiednie normy. Stąd już prosty wniosek, że życie, które nie ma należytej jakości i nie wypełnia norm, pozbawione jest wartości, a tym samym należy je jak najprędzej skasować i nie dopuścić do obrotu.

Zaliczenie życia ludzkiego do towarów wiele spraw upraszcza. Na przykład rozwiązuje natychmiast problem, czy wolno ludzi produkować. Czy wolno przy tej produkcji konkretnym egzemplarzom produktu stawiać precyzyjne wymagania co do cech, które powinny posiadać. A przede wszystkim pozwala życie każdego człowieka wycenić. Umożliwi też stosowanie na ludzkie życie promocji, przecen, wyprzedaży, oferowania w pakietach i z bonusami.

Oficjalne uznanie życia człowieka za towar otworzy nowy rynek, może wywołać gospodarczy wzrost, trzeba będzie na nie wywoływać popyt i troszczyć się o to, aby była wystarczająca podaż. Trzeba będzie pilnować, aby nigdy nie dogoniła ona popytu, bo nawet najskuteczniejsze metody przedłużania jego trwałości nie dadzą rady zapobiec utraty jakości, a więc i wartości, starzejącego się towaru. Gdyby jednak naprodukowano życia ludzkiego za dużo, co jakiś czas jego nadmiar trzeba będzie, zgodnie z odpowiednimi przepisami, które należy opracować, komisyjnie niszczyć.

Powie ktoś, że uznanie życia człowieka za towar to rzecz w naszych czasach nierealna i niemożliwa do przeprowadzenia? Nic bardziej błędnego. Zawsze znajdą się tacy, którzy odpowiednio dobierając słowa wszystko ładnie uzasadnią. I naukowo, etycznie, prawnie, socjologicznie i jak tam jeszcze trzeba, podbudują. stukam.pl

 

Chluba

Dodano 11/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

W obrzędach chrztu dzieci jest taka chwila, tuż przed samym momentem udzielenia sakramentu, a po potrójnym wyznaniu wiary przez rodziców i chrzestnych, w której celebrans mówi: „Taka jest nasza wiara. Taka jest wiara Kościoła, której wyznawanie jest naszą chlubą, w Chrystusie Jezusie Panu naszym”. A wszyscy odpowiadają „Amen”.

Za każdym razem, gdy mam okazję chrzcić ten moment ceremonii robi na mnie szczególne wrażenie i budzi we mnie silne emocje. Jest w tych kilku słowach jakaś wielka siła przekonania i dumy z wiary, która łączy wszystkich obecnych w świątyni. Ma ona też przez całe życie łączyć ze wspólnotą przyjmujące sakrament chrztu dziecko.

Zdolność człowieka do wiary jest czymś niesamowitym. Jest ona wraz z nadzieją i miłością zaliczana do cnót boskich lub teologicznych. Nie bez powodu, bo Bóg jest ich dawcą i celem oraz usposabiają one do życia w jedności z Trójcą Świętą. Dzięki cnocie wiary wierzymy w Boga i wierzymy w to wszystko, co On nam objawił, a co Kościół święty podaje nam do wierzenia. To wiara jest u podstaw każdej z cnót.

Gdy przed ponad dziesięciu laty zakładałem portal internetowy, którego treść dotyczyłaby fundamentalnych kwestii w życiu człowieka, a który równocześnie zmierzałby do jednoczenia ludzi, nazwałem go „Wiara”, ponieważ byłem przekonany, że to właśnie ta sprawa okaże się jedną z najważniejszych u progu dwudziestego pierwszego wieku. Dzisiaj, także w Polsce, przekonujemy się, że temat wiary, ale także jej braku, okazuje się nie tylko aktualny, istotny, ale coraz bardziej gorący. Staje się przedmiotem publicznej debaty. Jasnych deklaracji.

Błogosławiony Jana Paweł II stwierdził, że „Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. A w czasie swojej pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny wołał do nas, swoich rodaków: „Musicie być mocni tą mocą, którą daje wiara! Musicie być mocni mocą wiary! Musicie być wierni! Dziś tej mocy bardziej Wam potrzeba niż w jakiejkolwiek epoce dziejów”.

Benedykt XVI w Liście apostolskim „Porta fidei”, ogłaszającym rozpoczynający się dzisiaj Rok Wiary, przypomina i wkłada także w nasze usta pytanie, które zadali Jezusowi Jego słuchacze: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?”. Chrystus odpowiedział: „Na tym polega dzieło [zamierzone przez] Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. Wiara w Jezusa Chrystusa jest więc drogą do osiągnięcia zbawienia w sposób ostateczny.

Wiara, która jest spotkaniem i odpowiedzią. Wiara, która ma odniesienie do prawdy i do osoby. stukam.pl

Tekst wygłoszony na antenie Radia eM

 

Powrót na wspólny plac

Dodano 10/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Polscy publicyści, a właściwie medialni komentatorzy rzeczywistości biorą pieniądze nie za to, co mówią i piszą, ale za to, że piszą i mówią. Ponieważ i tak z góry wiadomo, co który z nich powie lub napisze w każdej dowolnej sprawie. Nie ma sensu czytać ani słuchać. Wystarczy przyjrzeć się, z jakimi redakcjami dany autor współpracuje (nie mówiąc już o sytuacji, w której po prostu jest na etacie – wtedy bez żenady realizuje politykę redakcji jako najemnik od układania słów i tyle).

Posłałem niedawno do pewnej redakcji tekst, w którym świadomie zawarłem kilka mało popularnych stwierdzeń. W odpowiedzi dowiedziałem się, że redakcja nie zgadza się ze wszystkim co napisałem. Resztą silnej woli powstrzymałem się od poinformowania czcigodnej redakcji, że posłałem artykuł oczekując przede wszystkim publikacji, a niekoniecznie zgadzania się ze wszystkim sformułowaniami, jakie w tekście pomieściłem. Wychodzi na to, że teraz nawet przypadkowi zewnętrzni autorzy powinni się dostosowywać do linii redakcji.

W mediach w Polsce skutecznie udało się zamienić znany od tysiącleci plac, na którym każdy mógł się wypowiedzieć, w cały szereg małych podwórek, na których gromadzą się wyłącznie zwolennicy jednego sposobu widzenia świata, a inni nie mają tam wstępu. Redaktorzy sprawnie przyjęli rolę bramkarzy, pilnujących, aby żaden nieprawomyślny się do środka nie dostał.

W takiej sytuacji nie ma najmniejszych szans na jakąkolwiek rzeczywistą rozmowę. Media przestały być miejscem debat i przekonywania za pomocą argumentów tych, którzy widzą sprawy inaczej. Teraz mamy nie tyle przekonywanie przekonanych, ile dodawanie sobie animuszu, żeby całkiem nie umrzeć z nudów we własnym sosie.

Rzadko pozytywnie odpowiadam na prośby o komentarze czy udział w jakichś publicystycznych programach. Mam po temu poważny powód. Kiedyś zostałem po jakiejś telewizyjnej wypowiedzi ostro zwymyślany przez wydawcę, że mówiłem nie to, czego się po mnie spodziewano. „Nie wiedziałem, że zostałem tu zaproszony do odegrania konkretnej roli” – odpowiedziałem zgrzytając zębami.

Myślę, że wcześniej czy później przynajmniej część mediów w naszym kraju zorientuje się, że dalej tak nie można, że potrzebny jest ten rzeczywisty rynek, ten wspólny plac, na którym po prostu się rozmawia, wymienia poglądy i argumenty, nie traktując kogoś o odmiennym widzeniu sprawy jak wroga, czy nawet raczej jak kogoś, kogo trzeba wykluczyć ze sfery publicznej.

Taktyka wykluczania i zamykania się w swoich, dobrze znanych i bezpiecznych podwórkach, na dłuższą metę jest zabójcza. Bo życie, prawdziwe życie toczy się obok, na ruchliwych placach, gdzie czasami dochodzi do kłótni, a może i do bijatyk, ale zwolennicy różnych poglądów mają ze sobą realny kontakt. Dzięki temu nie zapominają, że oponenci są ludźmi, nie jakimiś wyimaginowanymi potworami. stukam.pl

 

Pół biedy

Dodano 09/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Pół biedy, że nie rozumiem sensu nadzwyczaj skromnej akcji billboardowej promującej brak wiary. Podobnie jak całego tego pomysłu „wychodzenia z szafy”. Nawet sugerowanie, że ludzie niewierzący są w jakikolwiek sposób prześladowani w Polsce i muszą się ukrywać, nosi posmak kompletnego odjazdu od rzeczywistości. Jest to zresztą poważne nadużycie wobec sporych grup osób naprawdę i to wręcz systemowo w naszym kraju dyskryminowanych. Dotyczy to ludzi, którym w każdym cywilizowanym społeczeństwie należy się realna pomoc i ochrona. Oni jednak są tak zaabsorbowani codzienną walką o przetrwanie, że nie mają czasu ani sił, żeby wieszać nawet pojedyncze billboardy lub przebić się do któregoś z opiniotwórczych czasopism.

Cała bieda w tym, że kompletnie nie rozumiem nerwowych reakcji na „ateistyczne” billboardy i wypowiedzi ludzi deklarujących swe zaangażowanie w Kościele. Po co te agresywne komentarze? Po co pohukiwania i straszenie piekłem? Po co w ogóle robienie szumu wokół zjawiska, które nawet nie zasługuje na przymiotnik „marginalne”? Czemu ma to służyć? Umacnianiu własnych szeregów? Mobilizacji? Utwierdzaniu swojej tożsamości? Przecież to śmieszne i żałosne.

Zatroskania o zbawienie tych ludzi nie ma sensu wyrażać kierowaniem w ich stronę bojowych albo ostrzegających przed czymś, w co nie wierzą, okrzyków. Wyrażanie zatroskania o ich zbawienie ma sens jedynie w postaci dawania realnego świadectwa wiary własnym życiem. Już dawno odkryto, że przykład pociąga, a nie słowa, nawet najgłośniejsze i najgroźniejsze. Pierwsi chrześcijanie przyciągali innych tym, jak bardzo się miłowali, a nie straszeniem ich brakiem zbawienia. stukam.pl

 

Promocja bliźniego

Dodano 08/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu odpowiedział: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?”

On rzekł: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus rzekł do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?”

Jezus nawiązując do tego rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go.

Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: «Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał». Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź i ty czyń podobnie”. (Łk 10,25-37)

Ktoś niedawno powiedział: „Ewangelia, to promocja człowieka, na doczesność i na wieczność”. A Jan Paweł II wielokrotnie powtarzał, że drogą Kościoła jest człowiek. Nic dziwnego, skoro dwa najważniejsze przykazania, których wypełnianie prowadzi do życia wiecznego, dotyczą miłości Boga i człowieka.

Udawanie, że nie rozumie się pojęcia bliźniego, to pozornie całkiem sprytny sposób na wymiganie się od konieczności obdarzania innych ludzi miłością. Warto jednak zwrócić uwagę, że Jezus swoją przypowieścią faktycznie udzielił odpowiedzi nie tylko na pytanie „Kto jest moim bliźnim?”. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie odpowiada również na pytania „Co to znaczy być bliźnim?” oraz „Czyim ja jestem bliźnim?”. A wszystko to w kontekście życia wiecznego.

Podążanie drogą do szczęścia wiecznego nie polega na całkowitej koncentracji na sobie. Wymaga wrażliwości na innych. Tej wrażliwości, której weryfikacja następuje w Jezusowym opisie sądu na końcu czasów. Tam jest mowa o dostrzeganiu potrzeb innego człowieka. „Pod wieczór naszego życia będziemy sądzeni z miłości” – zapowiada św. Jan od Krzyża. Dokładnie tak. Miłości do Boga i do ludzi. stukam.pl

Komentarz dla Radia eM

 

Zmysł zaufania

Dodano 07/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Po pierwsze, trudno jest naprawdę bardzo wielu ludziom przyznać się, że czegoś nie rozumieją, nie potrafią. Że coś ich przerasta. Nie mówiąc już o tym, że bardzo ciężko jest się, zwłaszcza od pewnego poziomu statusu społecznego, przyznać zarówno do braku kompetencji, jak i do rozmaitych ciemnych plam na życiorysie.

Po drugie, nawet jeżeli człowiek obdarzony jakąś władzą decyzyjną, zdoła się przyznać do niewiedzy, do tego, że się nie zna, że to nie jego działka, staje wobec bardzo poważnego problemu, który dla niejednego okazał się pułapką. Musi wybrać, komu w tej sferze, ktora jest poza jego rzeczywistym zasięgiem, zaufa.

Tu zaczynają się pionowe schody połączone z kwadraturą okręgu. Jak w takiej sytuacji ustrzec się błędu i nie powierzyć sprawy w ręce jakiegoś oszusta albo cwaniaka? Możliwości jest tyle, co w dobrym kalejdoskopie.

Można trafić na fachowca, ale łajdaka, który wystawi wszystkich do wiatru i sam spije śmietankę, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Przecież z powodu braku wystarczającej wiedzy ten, kto po jego pomoc sięga, nie jest w stanie go realnie kontrolować. A szukanie kogoś następnego do kontrolowania tego pierwszego otwiera szeroko bramę absurdu.

Można też wpaść w objęcia kogoś, kto ma o temacie pojęcie tylko nieco większe niż ten w potrzebie, i nawet jeżeli jest człowiekiem pełnym dobrej woli i chęci, i tak zawali, prowadząc do klęski.

Można…

Oczywiście, są ludzie, którzy dają sobie w takich sytuacjach radę, bo mają pewien zmysł, dzięki któremu potrafią odróżnić uczciwego profesjonalistę od łotra czy zawodowego nieudacznika. Wiedzą, komu można zaufać, a komu nie. Potrafią też rozpoznać ten moment, w którym ktoś dotychczas na zaufanie zasługujący, już na nie nie zasługuje. Mają ten „zmysł zaufania” zwykle dlatego, że sami są ludźmi godnymi zaufania.

Jednak jest ich niewielu. Poza tym zwykle są nielubiani, bo podejmują nieprzewidywalne decyzje i często sprawiają wrażenie takich, którzy nie szanują innych.

Zaufanie jest dzisiaj czymś bezcennym. Choć mnóstwo jest takich, którzy uważają, że to towar, jak każdy inny. Zastanawiające, że to właśnie tacy ludzie wyjątkowo łatwo współcześnie zdobywają władzę. I sprawują ją opierając się na handlu zaufaniem. stukam.pl

 

Odruch

Dodano 06/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Jeżeli nie masz odruchu odpowiadania złem na zło, nabywasz etykietkę człowieka słabego, pozbawionego siły przebicia, przegranego, z którym nie trzeba się liczyć. Jeżeli chcesz należeć do „znaczących”, do tych, których nie można, a nawet nie wolno kwitować wzruszeniem ramionami, musisz mieć w sobie automatyzm „zło za zło”, „krzywda za krzywdę”, „oplucie za oplucie”, „uderzenie za uderzenie”. Oczywiście bez uzupełnienia „dobro za dobro”.

Jeśli w sytuacji, gdy ktoś ci zastawi twoje miejsce na parkingu, jeździsz bezradnie po całym placu, szukając jakiegoś kąta, gdzie uda ci się wcisnąć swój samochód, zamiast po prostu zająć czyjeś akurat wolne w tym momencie miejsce, jesteś nikim. Jesteś słabeuszem i życiową niedojdą. Zerem, którym już zawsze i wszędzie na tej ziemi wszyscy będą pomiatać. Jeśli otrzymawszy cios od nieznanego przechodnia, nie przekazujesz uderzenia pierwszej napotkanej osobie, dajesz gwarancję, że się nie sprawdzisz w świecie, w którym walka o byt jest tylko przestarzałą namiastką rzeczywistego łańcucha pomnażania zła w postępie geometrycznym.

Dlatego praktyczni rodzice współcześni wyrabiają ten odruch już w swych maleńkich pociechach, dając im w życiu rodzinnym starannie dopracowany wzór do naśladowania. Wspierają ich w tym różni specjaliści. Na przykład autorzy filmów i seriali dla dzieci i młodzieży, z uporem lansujący obraz relacji między rodzeństwem czy między uczniami w szkole, jako systematyczną realizację zasady oko za oko, ząb za ząb, wet za wet, nienawiść za nienawiść.

Już wkrótce dla tych, którym zabrakło odpowiednio wykształconego odruchu odpowiadania złem za zło najprawdopodobniej będą budowane specjalne ośrodki reedukacyjne. A tych, którzy mimo wszystko odruchu nie nabędą, będzie się po prostu usuwać. Jako nieprzydatnych społecznie. stukam.pl

 

Rytm

Dodano 05/10/2012, w Bez kategorii, przez ks. Artur Stopka

Różaniec niesie rytm. Daje go, gdy człowiek odmawia różaniec samotnie. Szczególnie jednak rytmizujący charakter różańca ujawnia się, gdy jest on odmawiany w grupie, we wspólnocie.

To jest rytm specyficzny, a jednak nie wyjątkowy. To nie jest rytm agresywny, jak tak wybijany przez doboszów dla atakujących kompanii. To nie jest rytm dział, wypluwających niszczące pociski. To nie jest rytm skandowanych okrzyków nienawiści ani nawet protestu.

Choć bywa to rytm krzyku. Ale zupełnie innego. Krzyku w niebo.

Różaniec to rytm utkany z tego, co naturalne. Jak rytm dnia i nocy, pór roku, obrotów ziemi wokół samej siebie i okrążeń wokół słońca. To rytm oddechu, który jest niezbędny do życia. Rytm fal spokojnie toczonych wód rzeki na nizinach. To rytm serca, które zna swoje odpowiedzialne zadanie. To rytm pulsowania wszechświata.

To rytm, który nie musztruje, a jednak wnosi porządek w chaos i pęd rzeczywistości. Który jest niczym osnowa, na której buduje swoje możliwości i osiągnięcia wątek. On się nie narzuca, lecz proponuje pomoc w uładzeniu tłoczących się myśli, słów, faktów, czynów, zdarzeń, emocji, szczęść i nieszczęść, chwil i ciągnących się w nieskończoność mgnień czasu. Czyni tajemnice dotykalnymi, lecz nie odziera ich z misterium.

To rytm budzący i dający zaufanie. Poczucie bezpieczeństwa.

Że różaniec jest rytmem zauważył dawno temu Wojciech Kilar, pisząc „Angelusa”. To jeden wchłaniający, lecz nie ograniczający w niczym, rytm… stukam.pl

 

Angelus

 

  • RSS